O dwóch takich, co ukradli wybory

2

Dziś Kostarykanie wybiorą nowego prezydenta spośród dwóch kandydatów o tym samym nazwisku, którzy jeszcze na początku kampanii nie mieli szans na to stanowisko. Ostateczny wynik będzie zależał od religijnego wzmożenia ich rodaków akurat w wielkanocną niedzielę, oraz ich stosunku do nadużywanego dziś w tym kraju słowa „gender”.

Carlos (po lewej) i Fabricio (po prawej) mają wspólne nazwisko i część życiorysu, ale zupełnie odmienne pomysły na przyszłość Kostaryki

Fabricio Alvarado i Carlosa Alvarado łączy znacznie więcej, niż tylko nazwisko. Obaj urodzili się w San José, studiowali na tym samym wydziale, zaczynali pracę w tej samej firmie, pracowali jako dziennikarze i w tym samym czasie postanowili wejść do świata polityki. Obaj byli też formalnie bez szans na objęcie prezydentury – tuż przed startem kampanii wyborczej w grudniu, mogli w sondażach popularności liczyć na pomiędzy 2 a 6 proc. poparcia.

Na papierze wyprzedzało ich aż czterech innych kandydatów. Kostarykanie przez wiele tygodni zmieniali sympatie wobec nich w zależności od ustaleń prasy w sprawie Cementazo – ciągnącej się od połowy 2017 r. afery korupcyjnej, dotyczącej podejrzanych wielomilionowych pożyczek w państwowym banku i zmian przepisów określających warunki importu chińskiego cementu. W dodatku korzystający na tej wściekłości i występujący pod anty-establishmentowym hasłami lider wyścigu, popełniał jedną publiczną gafę za drugą. A mimo to, obaj Alvaradowie ciągnęli się w samym ogonie kampanii.

Aż do 9 stycznia, kiedy Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka polecił krajom Ameryki Łacińskiej zalegalizować małżeństwa tej samej płci. Wywracając w ten sposób do góry nogami całą kampanię prezydencką w kraju, za sprawą którego w ogóle zajął się tą sprawą.

Życie przeciw gender

Po opinię Trybunału, mającego zresztą swoją siedzibę właśnie w San José, zwrócił się obecny prezydent Kostaryki Luis Guillermo Solís.

Polityk jest znany ze swojego progresywnego podejścia do kwestii społecznych i seksualnych, np. w maju 2014 r., kilka dni po objęciu urzędu, kazał wywiesić tęczową flagę nad pałacem prezydenckim z okazji Międzynarodowego Dzień Przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. Pod jego rządami lokalne ministerstwo edukacji publicznej przygotowało tez reformę szkolnictwa: od tego roku uczniowie mają zacząć uczęszczać na lekcje edukacji seksualnej.

Pomysł spotkał się z wielkim oporem wielu Kostarykanów. Choć program zakłada przede wszystkim rozwiewanie stereotypów oraz wzmacnianie poczucia własnej wartości wśród nastolatków, to miejscowe związki wyznaniowe oskarżają autorów reformy o „promocję ideologii gender oraz homoseksualizmu”. W grudniu ulicami stolicy przeszedł skupiający krytyków zmian w edukacji wielotysięczny „marsz dla życia”, w którym wzięło udział 7 spośród 13 kandydatów w wyborach prezydenckich.

Miesiąc później Trybunał, po wcześniejszym zapytaniu prezydenta Solísa, zalecił 25 państwom członkowskim zrównanie w prawach związków jednopłciowych z małżeństwami heteroseksualnymi oraz umożliwienie zmian w dowodach osobistych dla osób transseksualnych. Choć wyrok nie ma mocy wiążącej a jedynie opiniodawczą, to w Kostaryce błyskawicznie stał się tematem numer jeden kampanii. Wszyscy poprzedni jej liderzy poszli w odstawkę, a w lutowym głosowaniu wyborcy przepuścili do drugiej tury dwóch Alvaradów: Carlosa, który jest za równouprawnieniem, oraz sprzeciwiającego się mu Fabricia.

Apostoł od nieczystego ducha

Carlos należy do tej samej partii, co odchodzący prezydent Solís, cztery lata temu był nawet szefem jego kampanii wyborczej, a potem pełnił w jego rządzie funkcję ministra rozwoju społecznego. Świetnie wykształcony, również w Wielkiej Brytanii, jeszcze jako dziennikarz wydał trzy powieści oraz zbiór opowiadań.

Fabricio też robi w słowie, choć akurat nie pisanym – ma na koncie kilka płyt z chrześcijańskim popem. Choć studiował na tym samym wydziale co Carlos, to nigdy nie obronił dyplomu. Gdy drugi Alvarado zostawał ministrem, on sam wchodził do parlamentu jako jedyny poseł niewielkiego prawicowego ugrupowania, co jednak kluczowe: założonego przez zielonoświątkowców. Fabricio na co dzień jest bowiem pastorem w jednym z ich kościołów.

Według badań socjologów z tamtejszego uniwersytetu, już tylko 52 proc. Kostarykanów określa się jako katolicy, to najmniej w historii tego kraju. Tymczasem zielonoświątkowcem jest co czwarty jego obywatel, a proporcje zmieniają się cały czas na korzyść tych drugich. Ewangelikalni protestanci są dziś zresztą rosnącą siłą w niemal wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej, a w wielu z nich skutecznie łączą wyjątkową karność wyborczą swoich wyznawców z propagowaniem w sferze publicznej skrajnie konserwatywnych postaw. W Brazylii skutecznie zablokowali w parlamencie przegłosowanie ustawy antyhomofobicznej, w Kolumbii przyczynili się do odrzucenia w referendum porozumienia pokojowego z partyzantką FARC, bo rzekomo miało przy okazji promować feminizm, w Paragwaju doprowadzili do odcięcia się ministerstwa edukacji od podręczników do edukacji seksualnej, a w Nikaragui, Hondurasie oraz Salwadorze są jednymi z głównych odpowiedzialnych za całkowitą penalizację aborcji, co zwłaszcza w tym ostatnim kraju ma tragiczne skutki, między innymi skazywanie na kary wieloletniego więzienia kobiet, które poroniły.

Kampania prezydencka w Kostaryce ma więc wyjątkowy wymiar religijny, obaj kandydaci starają się przyciągnąć decydujący głos katolików. Fabricio przekonuje ich, że choć sam jest innego wyznania, to podobnie jak większość z nich jest twardym konserwatystą i nigdy nie dopuści do legalizacji małżeństw tej samej płci. Carlos, formalnie katolik ale niepraktykujący, stara się tymczasem zdyskredytować w ich oczach rywala, przypominając, że jego ideologiczny zwierzchnik Rony Chaves sam siebie uważa za nowego apostoła, a katolicką patronkę Kostaryki określa mianem „nieczystego ducha”.

Niebezpiecznie w rezerwacie

W ostatnich sondażach obaj Alvaradowie mają po 42-43 proc. poparcia, więc dopiero pod koniec dnia będzie wiadomo, który wprowadzi się niedługo do pałacu prezydenckiego. Bez względu na wynik, zwycięzcę będą w nim czekały również inne wyzwania, niż tylko te ideologiczne.

Choć Kostaryka regularnie jest zaliczana do kilkunastu najszczęśliwszych narodów świata, w przeciwieństwie do swoich sąsiadów cieszy się dziesięcioleciami stabilnej demokracji, przez większą część roku generuje swoją energię ze źródeł odnawialnych, a aż czwarta część jej terytorium to fascynujące rezerwaty przyrody, to rzeczywistość nie jest tak różowa, jakby ją przedstawiały biura podróży.

Mimo inwestycji w projekty socjalne, wciąż co piąty obywatel żyje w biedzie, a w ciągu ostatniej dekady dysproporcje finansowe pomiędzy najbogatszymi a najuboższymi zaczęły się wyraźnie zwiększać. Choć w skali całego kraju bezrobocie wynosi 9,5 proc., to już wśród najmniej wykształconych jest ponad dwukrotnie wyższe. A deficyt budżetowy sięga 6,2 proc. PKB i jest najwyższy od trzech dekad.

Skandal cementazo poważnie zachwiał też wiarą Kostarykanów we własny wymiar sprawiedliwości, bo wydają się być w niego zamieszani niektórzy sędziowie, a prokurator generalny musiał zostać zdjęty z urzędu, gdy padło podejrzenie, że również mógł mieć udział w zatajaniu dowodów. A to wszystko w momencie, gdy w kraju gwałtownie pogarsza się poczucie bezpieczeństwa. Choć Kostaryka jest wciąż znacznie bezpieczniejsza niż sąsiednie państwa, to od pięciu lat regularnie rośnie liczba zabójstw – zeszły rok okazał się najkrwawszy w historii, zamordowano tu wówczas ponad 600 osób, a co czwarta padła ofiarą coraz aktywniejszych w tym kraju gangów narkotykowych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

2 KOMENTARZE

  1. Kiepska data na publikację, bo Prima Aprilis.
    No, ale wychodzi na to, że wygrał Carlos.

  2. Zapomniałem o Prima Aprilis – chodziło mi raczej o to, że będą głosować akurat w najważniejsze chrześcijańskie święto, co mogłoby wpłynąć na wynik wyborów. Jak widać, nie aż na tyle, by głosować na Fabricia.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here