Łowca jeleni

0

Robert de Niro publicznie wzywa społeczność międzynarodową do odbudowy całkowicie zdewastowanej Barbudy. Choć sami mieszkańcy wyspy postrzegają tę troskę jako brudną zagrywkę szwarccharakteru od dawna fundującego im prawdziwy thriller.

We wrześniu zeszłego roku Barbuda po raz pierwszy od 300 lat całkowicie się wyludniła. To efekt huraganu Irma, który otrzymał najwyższą kategorię w pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona: wiatr o sile dochodzącej do 300 km/h zmiótł z powierzchni ziemi co drugi budynek na wyspie, a poważnie uszkodził w sumie 90 proc. tamtejszych budowli (w tym jedyny szpital), śmierć poniosły trzy ofiary, w tym dwuletni chłopiec. Dwa dni później, w obawie przed skutkami kolejnego uderzenia – tym razem huraganu Jose – wszyscy mieszkańcy zostali przymusowo ewakuowani. Do dziś na miejsce wróciła zaledwie garstka z nich: rząd uznał, że z powodu zniszczenia większości domów oraz instalacji sanitarnej, Barbuda nie nadaje się do powtórnego zamieszkania, a przywrócenie jej do stanu sprzed klęski żywiołowej przekracza możliwości finansowe państwa.

Wówczas pomoc zaoferował publicznie Robert de Niro.

Słynny aktor nie tylko zadeklarował, że osobiście zaangażuje się w odbudowę wyspy, ale apelował też o pomoc do społeczności międzynarodowej w wywiadach telewizyjnych, a nawet w siedzibie ONZ. W tym ostatnim miejscu nazwał Barbudę „dziewiczą pięknością” i „rajem odnalezionym”. Wysiedleni z niej mieszkańcy przypominają jednak, że raj zachował swoją dziewiczość właśnie dlatego, że zdobywcy Oscara nie udało się wcześniej zrealizować swoich planów wobec ich ojczyzny. Artysta już od czterech lat próbuje bowiem zabudować ich wybrzeże, w czym wspierają go niechętni Barbudzie politycy z sąsiedniej wyspy.

Antigua i Barbuda to dawna część imperium brytyjskiego na Karaibach, niepodległa dopiero od 37 lat. Choć formalnie to archipelag, to państwo wzięło nazwę od dwóch największych wysp. A te, mimo że leżą zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie, wyraźnie się różnią.

Barbuda, o powierzchni niewiele większej niż Częstochowa i do uderzenia Huraganu zamieszkana przez niecałe 1,8 tys. osób, jest jedną z najmniej rozwiniętych infra strukturalnie wysp Karaibów. Mało ziemi uprawnej i niesprzyjający klimat sprawiły, że w przeciwieństwie do reszty regionu nigdy nie rozwinęła się tam gospodarka oparta na trzcinie cukrowej, a przez ponad dwa wieki cała Barbuda była w dzierżawie zaledwie jednej angielskiej rodziny – już na początku XIX wieku jeden z przysłanych przez nią zarządców pisał w liście, że miejscowi niewolnicy uważają się za de facto właścicieli wyspy. W 1904 r. parlament w Londynie nadał wyzwolonym już mieszkańcom kolektywny status najemców, a w 2007 r. w specjalnej ustawie o ziemi zapewnili oni sobie prawo do wspólnego decydowania o przyszłych projektach budowlanych. Każda inwestycja przekraczająca wartość 5,4 mln dolarów lub mająca istotny wpływ na miejscową infrastrukturę i środowisko musi być zatwierdzana w plebiscycie, a deweloperom nie wolno nabywać ziemi, a jedynie wynajmować ją na maksymalnie 50 lat. Dlatego jak dotąd na Barbudzie nie wybudowano żadnego większego kompleksu hotelowego.

Położona obok Antigua to zupełnie inny świat. Zamieszkała przez przez 40 razy więcej osób (98 proc. wszystkich obywateli archipelagu), utrzymuje się z masowej turystyki: w licznych hotelach, w tym rozległych kompleksach all-inclusive, wypoczywa co roku kilkaset tysięcy gości, a drugie tyle schodzi na brzeg z kursujących po Karaibach monstrualnych statków wycieczkowych. Rząd w zeszłym roku oceniał, że do końca dekady liczba takich pasażerów dobijających do miejscowego portu przekroczy milion rocznie. Choć wyspa funkcjonuje także jako raj podatkowy oraz przystań dla firm zajmujących się internetowym hazardem, to budżet opiera się głównie właśnie na turystyce i władze kraju widzą jego przyszłość w rozwoju przeznaczonej na ten cel infrastruktury.

Antigua ma już jednak mało atrakcyjnej przestrzeni pod budowę hoteli. Barbuda wręcz przeciwnie. Rząd, z demograficznych powodów zdominowany przez mieszkańców tej pierwszej wyspy, łakomym okiem spogląda więc na tę drugą.

W 2014 r. premier archipelagu Gaston Browne ogłosił, że mianuje Roberta de Niro symbolicznym „ambasadorem gospodarczym” kraju. Dla niedzielnych kinomanów mogła to być spora niespodzianka. Dla czytelników magazynów biznesowych, niekoniecznie.

Choć osiągnięcia artystyczne aktora od kilku lat są autoparodią, to w inwestowaniu w nieruchomości wznosi się na wyżyny. W ciągu ostatnich dwóch dekad, wspólnie z kilkoma partnerami biznesowymi otworzył w sumie 30 restauracji, 5 luksusowych hoteli (od Las Vegas po Londyn), w Toronto planuje budowę luksusowego osiedla mieszkaniowego. Przed czterema laty wszedł również w spółkę z australijskim miliarderem-celebrytą Jamesem Packerem – szerzej znanym z krótkiego małżeństwa z Mariah Carey – z którym postanowił stworzyć kurort hotelowy na Barbudzie.

Z otwartymi rękoma parę powitał świeżo mianowany premier kraju. Browne, były bankowiec, który publicznie nazywa Barbudę „wyspą na zasiłku”, podpisał z aktorem i miliarderem umowę przedwstępną na 198-letni najem ziemi, w której obiecał też na ćwierć wieku zwolnić ich z podatków i pozwolił wybudować dodatkowe lotnisko tylko na potrzeby projektu. Znalazł się też w niej ustęp o tym, że w razie możliwej przyszłej zmiany lokalnego prawa ziemi, najem zostałby automatycznie zamieniony na własność. Propozycja została niedługo potem bardzo nieznaczną większością zaaprobowana w plebiscycie, ale wynik został od razu zaskarżony przez część mieszkańców wyspy, którzy przekonywali że pozwolono głosować także osobom spoza Barbudy. Poza tym zapisy umowy z de Niro były niezgodne z wcześniej uchwalonym prawem, więc dwa lata później rząd przepchnął reformę ustawy, która podniosła limit finansowych inwestycji na Barbudzie z 5,4 mln dolarów do 40. Na demonstrację przed parlament przyjechał wówczas co czwarty mieszkaniec mniejszej wyspy, ale premier Browne odmówił spotkania się z przeciwnikami projektu, nazywając ich „ekologicznymi terrorystami”.

Kolejne protesty odsuwały w czasie rozpoczęcie budowy i wydawało się, że zniechęcony de Niro wycofa się z pomysłu. I właśnie wtedy w Barbudę uderzyła Irma.

Zaledwie tydzień po przejściu huraganu, premier Browne złożył do parlamentu kolejną reformę prawa ziemi na Barbudzie, bez żadnych wcześniejszych konsultacji z wysiedlonymi jej mieszkańcami. Tym razem nowelizacja całkowicie likwidowałaby kolektywny status posiadania, a każdy rezydent wyspy dostałby możliwość nabycia działki ziemi za symbolicznego dolara. Polityk tłumaczy, że dzięki temu Barbudańczycy mieliby zastaw pod kredyty hipoteczne, za które będą mogli odbudować zniszczone domy. Pod koniec grudnia poprawki zostały zaakceptowane przez parlament i teraz czekają jedynie na podpis gubernatora.

Przeciw zmianom protestuje wielu mieszkańców wyspy, bo wśród zapisów znalazł się ustęp pozwalający władzom centralnym na wynajmowanie miejscowej ziemi bez potrzeby urządzania plebiscytów. Oraz inny, dzięki któremu to samo będą mogli robić nowy, prywatni właściciele. Niektórzy Barbudańczycy obawiają się więc, że z czasem doprowadzi to do radykalnego przekształcenia wyspy. I mają dobry precedens do takich podejrzeń.

„Daughters of the Dust” to mało znany film z 1991 r., który niedawno stał się jedną z głównych wizualnych inspiracji dla teledysków towarzyszących albumowi Lemonade Beyoncé. Jego akcja rozgrywa się na jednej z małych wysepek ciągnących się wzdłuż wybrzeża Karoliny Południowej, które były od kilku wieków zamieszkiwane przez Gullah – potomków afrykańskich niewolników, zachowujących kulturę bliższą zwyczajom z drugiej strony Atlantyku niż w kontynentalnych Stanach Zjednoczonych. Nieprzyjazny klimat i spora izolacja archipelagu sprawiały, że lokalna społeczność do stosunkowo niedawna żyła nieniepokojona przez świat zewnętrzny. Gullah należeli do pierwszych byłych niewolników, którym po wojnie secesyjnej udało się legalnie nabyć ziemię, na której wcześniej przymusowo pracowali: większość społeczności postanowiła wówczas sprawować nad nią kolektywną pieczę. Ale w każdym pokoleniu część mieszkańców migrowała do miast na północy i zachodzie w poszukiwaniu pracy, teoretycznie zachowując prawo do udziałów w ziemi. Gdy do tych okolic doprowadzono asfaltowe drogi i mosty łączące wyspy, szybko awansowały do rangi najbardziej pożądanych amerykańskich kierunków wakacyjnych. Firmy deweloperskie wykorzystują więc kruczki prawne, by odkupywać formalne udziały do ziemi od potomków emigrantów, którzy nie mają już związków emocjonalnych z Gullah, a potem w sądzie zmuszać wciąż osiadłych na miejscu mieszkańców do odsprzedawania swoich części „za rozsądne rynkowe ceny”. W ten sposób wysiedlonych zostało już kilkaset rodzin, a na miejscu dochodzi do absurdów, np. w luksusowym ośrodku wypoczynkowym Hiltona, pomiędzy bungalowami wciąż stoją… nagrobki dawnych niewolników.

Parcie premiera Browne’a do prywatyzacji Barbudy ma mocne podstawy finansowe. Choć jeszcze jesieną społeczność międzynarodowa deklarowała sutą pomoc dla dotkniętych Irmą Karaibów (Unia Europejska miała dać 300 mln euro, Wielka Brytania dodatkowo 3 mln funtów, a Kanada obiecała 78 mln dolarów), to jak do dziś fundusze się nie zmaterializowały. Tymczasem prywatni inwestorzy, w zamian za stosowne ustępstwa, są gotowi wyłożyć gotówkę: za przepchnięcie pierwszej poprawki do barbudańskiego prawa ziemi, de Niro zapłacił zaliczkę w wysokości 1,8 mln dolarów, dzięki której rząd wypłacił zaległe pensje dla tamtejszych pracowników budżetówki.

Ale równoczesny brak stosownych zabezpieczeń przed nadmierną prywatyzacją, może dla Barbudy oznaczać taki sam los, jak dla wysp Gullah. Te ostatnie, w swoim najbardziej północnym punkcie, zaczynają się od cypla zwanego Przylądkiem Strachu: tak się składa, że to również tytuł i miejsce akcji filmu Martina Scorsese z 1991 r., w którym u szczytu swojej kariery rolę złego bohatera zagrał… Robert de Niro. Jak widać, życie imituje fikcję.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here