Twarde lądowanie

Drugi największy departament Francji przez cały miesiąc przed wyborami prezydenckimi trwał w zawieszeniu: szkoły i sklepy sparaliżował strajk generalny, a wściekli manifestanci blokowali drogi, lotnisko i centrum kosmiczne. O czym mało kto słyszał poza krajem, bo wydarzenia miały miejsce 7 tys. kilometrów od Paryża: w Gujanie Francuskiej.

GujanaKosmos – tyle dzieli warunki życia w Paryżu od rzeczywistości w drugim największym departamencie w kraju (Fot. DLR German Aerospace Center/Flickr)

Rakieta Ariane 5 wyniosła na orbitę dwa satelity. Francuska spółka, która kontroluje ponad połowę takich operacji na całym świecie, mogłaby ogłosić misję pełnym sukcesem, gdyby nie jeden szczegół: start miał się odbyć miesiąc temu, a doszło do niego dopiero wczoraj. Uziemione były zresztą nie tylko rakiety, ale i zwykłe samoloty, a wszystko z powodu strajku generalnego odbywającego się pod znamiennym hasłem “Pozwólcie Gujanie wystartować”.

W największym francuskim departamencie zamorskim 27 marca zamknęły się szkoły, sklepy i zabytki. Dzień później w demonstracjach na ulicach Kajenny oraz Saint-Laurent-du-Maroni zebrało się ponad 20 tys. osób, czyli co dziesiąty mieszkaniec tego regionu. A niedługo potem członkowie lokalnych związków zawodowych ustawili barykady na drogach dojazdowych do miast, stołecznym lotnisku, a w końcu także lokalnym centrum kosmicznym. To ostatnie jest jednym z najbardziej cenionych kosmodromów na świecie – położenie blisko równika zapewnia rakietom dodatkową prędkość, a okolica praktycznie pozbawiona jest zaludnienia, więc nieudane starty nie zagrażają ludności. Ośrodkiem zarządza Europejska Agencja Kosmiczna, pokrywająca dwie trzecie jego zapotrzebowań finansowych (resztę opłaca Paryż), stąd na orbitę wynoszony jest co drugi światowy satelita. Jeżeli gdzieś na świecie wspomina się o Gujanie Francuskiej, to z reguły właśnie z powodu kosmodromu – dzięki jego zablokowaniu, demonstranci skupili uwagę obcokrajowców na innych, zdecydowanie bardziej przyziemnych aspektach lokalnej codzienności.

Jako departament zamorski, Gujana Francuska oficjalnie funkcjonuje na tych samych zasadach, co francuskie jednostki samorządowe w Europie. Jej mieszkańcy płacą więc w euro, wybierają prezydentów, senatorów i posłów (w tym do Parlamentu Europejskiego), a zbudowany przed kilkoma laty most na rzece Oyapock jest oficjalnym przejściem granicznym pomiędzy Unią Europejską a… Brazylią. Ale pomimo pełni praw politycznych oraz fantastycznej przyrody (od lasów tropikalnych, przez namorzyny, aż po sawannę z imponującymi twardzielcami), to absolutnie najgorszy francuski departament do życia.

Choć PKB per capita wynosi 15 tys. euro i jest najwyższe na kontynencie, to wciąż wynosi ledwie połowę tego, co w Europie, a w dodatku mediana jest zawyżana przez pracowników państwowej administracji, którzy dostają specjalne dodatki – to dlatego, że produkty w sklepach są nawet do 45 proc. wyższe niż we Francji, skąd importuje się większość z nich. Bez pracy jest co czwarty mieszkaniec regionu (w metropolii zaledwie co dziesiąty), a wśród młodych już co drugi. Szkół, szczególnie na prowincji, jest za mało: tamtejszy związek zawodowy nauczycieli prognozuje, że z tego powodu w najbliższych latach nawet 10 tys. dzieci może zostać wykluczonych z możliwości kontynuowania nauki na poziomie średnim. Brakuje także szpitali, a te istniejące są w dodatku zadłużone na 400 mln euro, przez co daleko im do europejskich standardów – w zeszłym roku opinią publiczną wstrząsnęła najpierw śmierć starszego pacjenta, który zginął w pożarze jednej z sal stołecznego szpitala, a potem informacje, że w tej samej placówce doszło w tym czasie do zgonu czterech noworodków zakażonych gronkowcem.

Powszechne oburzenie wywołały też niedawne cięcia w policji, bo największą lokalną bolączką jest właśnie wysoka przestępczość. Loty do Paryża, technicznie traktowane jak wewnątrzkrajowe, są coraz bardziej lubianym środkiem transportu gangów narkotykowych z sąsiedniego Surinamu (gdzie nawet prezydent sam jest adresatem międzynarodowego listu gończego za handel kokainą, przez co nie opuszcza ojczyzny) – w zeszłym roku przechwycono 371 prób przemytu, trzykrotnie więcej niż w połowie dekady. W tym samym czasie ofiarami morderstw padły 42 osoby (w tym dwóch znanych lokalnych polityków), a w przeliczeniu na liczbę mieszkańców to aż siedemnastokrotnie więcej niż wynosi średnia w europejskiej części Francji. W 2012 r., w tym samym czasie gdy prezydent Nicolas Sarkozy odwiedzał budowę wspomnianego mostu do Brazylii, w starciach o kontrolę nad nielegalnymi kopalniami złota w głębi kraju zginęło 9 osób. Choć strajk generalny zorganizowało wspólnie kilkadziesiąt lokalnych związków zawodowych, to impuls do protestów wyszedł od “500 Braci”, domagającej się większej pomocy finansowej dla miejscowych służb mundurowych grupy, założonej w lutym po morderstwie młodego ogrodnika – ich liderem jest Mikaël Mancée, prywatnie zresztą policjant, któremu kilka lat temu zabito 12-letniego kuzyna (po tej tragedii złożył wymówienie, którego nie przyjęto).

W 2009 r. podobny strajk generalny sparaliżował sąsiednie departamenty zamorskie Francji: Gwadelupę i Martynikę. Tam do niepokojów wywołanych wysoką przestępczością i fatalną sytuacją gospodarczą, doszły także napięcia etniczne. Choć większość populacji jest czarna, to lokalną gospodarkę aż w 90 proc. kontrolują békés, potomkowie białych kolonistów. Na fali Rewolucji Francuskiej Paryż formalnie zniósł niewolnictwo już w 1790 r., ale na rządzonych przezeń Karaibach prawo weszło w życie dopiero w połowie XIX wieku, a właścicielom uwalnianych ludzi wypłacono odszkodowania, których łączna suma sięgnęła 126 mln franków (co dziś wynosiłoby mniej więcej 15 mld euro). Dzięki tym środkom békés są dziś finansowymi panami obu wysp, w ich posiadaniu znajdują się nawet wszystkie stacje benzynowe na Gwadelupie. Tegoroczny strajk w Gujanie Francuskiej też ma częściowo podłoże etniczne, ale innego rodzaju. Od wczesnych lat 90. populacja departamentu się podwoiła, głównie za sprawą bardzo wysokiej imigracji: co trzeci jego dzisiejszy mieszkaniec urodził się poza terytorium Francji, z reguły w Brazylii, Gujanie (tej niepodległej), Surinamie lub na Haiti (wielu z tych ludzi pracuje nielegalnie w rybołóstwiei górnictwie, co nie pozostaje bez wpływu bezrobocie oraz wysokość oficjalnych płac). Według Narodowego Instytutu Statystycznego, do roku 2040 liczba lokalnej ludności ponownie się podwoi – bez odpowiednio wcześniej podjętych działań, Gujanę Francuską czekają napięcia o niewyobrażalnie większym natężeniu niż dziś.

Po kilkutygodniowych protestach, Paryż ostatecznie zgodził się wspomóc region dodatkowymi 2 mld euro. Porozumienie podpisano na dwa dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich i dla wszystkich jest jasne, że to właśnie to głosowanie pomogło demonstrantom wywalczyć swoje cele. Tym bardziej, że temat wypływał podczas kampanii: Marine Le Pen zapowiedziała walkę z nielegalnymi imigrantami w departamencie, a Emmanuel Macron stymulację gospodarczą i tanie połączenia lotnicze z Paryżem (przy okazji nazywając też Gujanę Francuską “wyspą”). Nie wiadomo, czy przeprowadzce do Pałacu Elizejskiego będą skorzy do podtrzymywania obietnic – mieszkańcy regionu nie okazali im większej sympatii, w pierwszej rundzie głosując przede wszystkim na komunistę Jean-Luca Mélenchona.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Komentarze

  1. avatar pstraghi pisze, że:

    Ludzie tęsknią

  2. avatar Dział Zagraniczny pisze, że:

    Już.

Co o tym myślisz?