Brygada Acapulco

4

Bikini, drinki z parasolką, bikini, telewizory, od których kineskopów można dostać raka, bikini, Fabio biegający po plaży. Oraz jeszcze więcej bikini. W połowie lat 90. Polsat zawładnął wyobraźnią polskich chłopców serialem „Brygada Acapulco”, w którym nielegalna kompania mścicieli walczyła z przestępczością zorganizowaną, na co dzień maskując się jako agencja modelek. Jeżeli któryś z dawnych widzów produkcji myśli, że ludową sprawiedliwość w meksykańskim stanie Guerrero wciąż wymierza się w nienagannym makijażu, to czeka go spora niespodzianka. Miejscowy Fabio zasłonił fryzurę kominiarką, wyciągnął z szafy strzelbę dziadka, a za pas wcisnął maczetę, którą normalnie pracuje w polu. Brygadę Acapulco zastąpili wściekli chłopi, wymierzający sprawiedliwość na własną rękę.

Z całego zestawu Fabio zatrzymałby tylko okulary (Fot. Jesús Villaseca Pérez/Flickr)

Ludowe milicje działają obecnie w co najmniej sześciu stanach Meksyku, między innymi w okolicach stolicy. Według lokalnego dziennika „Reforma”, w sumie kontrolują mniej więcej 60 miasteczek, z czego ponad połowa przypada na Guerrero. Nic dziwnego: to obecnie jeden z najniebezpieczniejszych regionów w kraju. Górskie pasmo Sierra Madre idealnie nadaje się na hodowlę marihuany i makówek, połowa całej meksykańskiej heroiny powstaje właśnie w tym stanie. Narkotykowe transporty bezpiecznie przemykają odludnymi przełęczami w stronę Stanów Zjednoczonych. Kokaina od Kolumbijczyków dostarczana jest przez wybrzeże Oceanu Spokojnego. Położony nad nim kurort Acapulco, w latach 90. ma dziś najwyższą stopę zabójstw w kraju. Ofiarą padają głównie postronni świadkowie narkotykowej wojny domowej: o władzę nad Guerrero ścierają się opętani mesjańskimi wizjami Templariusze i coraz groźniejszy kartel Jalisco Nueva Generación.

Meksykanie z dużych miast, takich jak Acapulco, liczą na policję i oddelegowane do walki z przestępcami wojsko. Na wsi mieszkańcom cierpliwość skończyła się na początku stycznia. Pięć dni po Nowym Roku porywacze uprowadzili naczelnika wioski Rancho Nuevo. Jego rodzina i sąsiedzi mieli już dość płacenia okupów za kolejnych zakładników, a miejscowych stróżów prawa od dawna podejrzewali o działanie ręka w rękę z bandytami. Wściekli, chwycili za broń i sami ruszyli na odsiecz ofierze. Za ich przykładem poszli mieszkańcy okolicznych wsi, a w ciągu dwóch miesięcy trend rozprzestrzenił się na cały stan. Z organizacją nie było zresztą większych problemów, na prowincji istniały wcześniej oddziały ludowej „policji społecznej”, usankcjonowanej prawnie od 1995 r.. I choć Manuel Mondragon, w nowym rządzie odpowiedzialny za walkę z kartelami narkotykowymi, stwierdził niedawno, że najnowsze wiejskie bojówki działają „absolutnie poza ramami prawnymi”, to gubernator Guerrero przymyka oczy na ich działalność, a niektórzy dziennikarze twierdzą nawet, że po cichu pomógł je wyposażyć w broń. Wyborcy raczej nie będą mu mieli tego za złe: niedawny sondaż opinii publicznej pokazał, że aż 60 proc. z nich odnosi się pozytywnie do ich działalności.

Ta budzi tymczasem poważne wątpliwości specjalistów. W Ayutla, gdzie milicje są najpotężniejsze, ich członkowie czasem współpracują z funkcjonariuszami – informują ich o znalezionych ciałach, świeżych grobach z dala od cmentarzy, a czasem przekazują im nawet samodzielnie zatrzymanych podejrzanych. O wiele częściej biorą jednak sprawy we własne ręce. Bojówki prowadzą własne śledztwa, w swojej twierdzy otworzyli nawet biuro, gdzie sąsiedzi mogą zgłaszać skargi i podejrzenia. Sami aresztują rzekomych bandytów, a potem urządzają im nawet procesy – w Ayutla skazano już kilkadziesiąt osób, z reguły na prace fizyczne. Wielu skarżyło się potem, że zeznania wymuszano na nich biciem i podduszaniem. Nie da się tego sprawdzić, bo chociaż w Meksyku działają państwowe Komisje Praw Człowieka, to wolno im kontrolować jedynie instytucje publiczne. Mimo to, pracownicy oddziału w Guerrero wybrali się do Ayutla – pogoniono ich stamtąd z hukiem.

Pod koniec marca 1,5 tys. bojówkarzy zalało położone nieopodal Tierra Colorada, gdzie pojmali miejscowego szefa policji i kilkunastu jego podwładnych, oskarżając ich o współpracę z bandytami. Ze swoich stanowisk wycofali się dopiero po długich negocjacjach z funkcjonariuszami sił federalnych, którzy obiecali wszcząć w tej sprawie śledztwo i do jego zakończenia zawiesić mundurowych w obowiązkach. Choć tym razem udało się uniknąć tragedii, to nie zawsze jest to regułą. W strzelaninach z milicjami zginęło już kilka osób. W lutym ostrzelali samochód, który nie zatrzymał się na zorganizowanej przez zamaskowanych wieśniaków blokadzie – na plażę próbowało dojechać nim kilkoro turystów, dwoje zostało rannych.

Choć milicjantom przyświecają szczytne cele, to wielu obserwatorów martwi żywiołowy rozwój ruchu. Część analityków wskazuje przy tym na Kolumbię. Tamtejsze paramilitarne Autodefensas Unidas de Colombia początkowo też miały zwalczać coraz większy terror samowolnej na prowincji lewackiej partyzantki FARC. Ale brutalnością szybko dorównały przeciwnikom, zaczęły jeszcze bardziej bezwzględnie prześladować wieśniaków, szybko zgodziły się na sojusze z kartelami narkotykowymi i same rozciągnęły parasol ochronny nad uprawami koki, przeznaczonej przede wszystkim na produkcję kokainy. Część Meksykanów obawia się więc dzisiaj, czy taki scenariusz nie czeka też stanu Guerrero.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

4 KOMENTARZE

  1. „Ale brutalnością szybko dorównały przeciwnikom, […]. Część Meksykanów obawia się więc dzisiaj, czy taki scenariusz nie czeka też stanu Guerrero.”
    Jakiekolwiek szczytne idee nie leżałyby u podstaw dowolnego chyba ruchu, koniec jest prawdopodobnie identyczny. Bo władza zawsze degeneruje no i żeby do niej dojść trzeba mieć określone predyspozycje. A kiedy trzyma się już w ręce karabin… cóż.

  2. offtopic:
    drogi Autorze,
    abyś nie przegapił tym razem, w czwartek startuje Planete Doc Film Festival.
    http://planetedocff.pl/
    Jako że masz prawdopodobnie lepsze pojęcie, daj proszę znać na jakie filmy się wybierasz.
    Mam nadzieję do zobaczenia!

  3. Drogi Czytelniku,

    Rozczaruję Cię (znowu), ale na festiwalu się nie spotkamy, bo już od dłuższego czasu mieszkam zagranicą. Co prawda, akurat te słowa piszę w Polsce, ale już za kilka godzin będę w samolocie do kraju, który polskiego czytelnika nie interesuje. Nie miałem czasu przejrzeć programu festiwalu, ale wiem, że są tam przynajmniej trzy filmy, które mnie interesują. „Sztuka Znikania” o sprowadzeniu przez Grotowskiego kapłana Voodoo (polskiego pochodzenia zresztą) z Haiti do PRLu. „Scena Zbrodni” o wojnie domowej w Indonezji – film zebrał świetne recenzje. Oraz „Tropicalia”.

    Pzdr

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here